środa, 24 czerwca 2009

Rozczarowanie 2009

Uliczka - jedna z moich ulubionych imprez plenerowych. Odbywa się corocznie w jednej z tych ciasnych Bieruńskich uliczek, nadając raz w roku mojemu miastu klimat czarodziejskiego miejsca, miejsca magii, tajemnicy, pantomimy.
Ja zawsze lubiłam teatr. Z zazdrością obserwowałam pracę aktorów zza kulis teatru małego - gdzie udało mi się czasami wepchnąć przy okazji tworzenia scenografii, podziwiałam przyjaciółkę która lekka i piękna tańczyła w grupie tańca współczesnego i chodziłam na darmowe przedstawienia na dziedzińcu, czy małej scenie teatru. Pamiętam do dziś tą atmosferę jaka panowała na małej scenie. Chodzili tam przeważnie młodzi ludzie - studenci których tak jak mnie nie stać było na "luksus" pójścia głównym wejściem do teatru. Waliliśmy więc od tyłu, na statek - jak się mawiało bo widownia na małej scenie przedstawiała zazwyczaj widok jak po sztormie, po prostu stos ławek, stołków i innych klamotów, pośród których każdy sobie znajdował swoją dziuplę, gdzie montował się na czas trwania przedstawienia. Gdy gasło światło - przenosiliśmy się tym naszym transformatorem w zupełnie inną czasoprzestrzeń i zawsze w duszy przeklinałam tą moją nieśmiałość - dzięki której nie zgłosiłam się do żadnej z tych nieformalnych grup teatralnych. A może mogłabym również tworzyć ten "inny" świat?
Dzisiaj to już było-minęło jest.
Ale uczę moje dzieci miłości do teatru, uczę że poza telewizorem i komputerem istnieje jeszcze inny, ciekawy świat.... Świat niedosłowny, który każdy odbiera innymi zmysłami i na swój sposób. Teatr bowiem działa odwrotnie niż książka - daje nam obrazy - pozostawiając wolną przestrzeń na dopisanie treści. I mojemu synowi to się niezmiernie podoba. Już w ubiegłym roku obserwowałam z niekłamanym zadowoleniem jak Tymoteusz pochłaniał sztukę zbyt może jeszcze trudną dla niego, ale fascynującą. Widzę że ta muza go opanowuje i wciąga bo nieporuszony potrafi wysiedzieć w miejscu te kilka godzin, wzdychając tylko czasami z niewiadomego mi powodu.
Raz w roku jeździmy pod zamek w Chudowie gdzie o 21.30 rozpoczyna się przedstawienie na murach. Są ognie, tajemnicze postaci przebiegające po zamku i dziwne odgłosy. Jest przestrzeń, ciemność i niesamowita atmosfera. Dzieci wiedzą że to jest tylko przedstawienie, wizja - więc nie lękają się, choć prawdę mówiąc i ja czasem zadrżę gdy znienacka usłyszę głos puszczyka, lub coś ukaże się na chwilę w oknie. To dziwne wrażenie zaraz zatrze aksamitny głos narratora a na polanę wybiegnie roześmiana dziewka w czerwonej sukience z dzbanem jagód w dłoni. Westchnienie ulgi (więcej ludzi w tej ciszy czuło się niepewnie) Przedstawienie się zaczyna.
Dzisiaj ja wzdycham. Z niewiadomych powodów przedstawienie na murach nie znalazło się w tym roku w kalendarzu imprez Fundacji Zamek Chudów , a nasza Bieruńska uliczka była niewypałem. Z powodu paskudnej pogody przegląd teatrów amatorskich przeniesiono do Jutrzenki, ludzie wcale nie przyszli ( co nowością nie jest - bo impreza nie cieszy się przychylnością lokalnej ludności niestety) więc oprócz aktorów i paru fotografów tutejszego urzędu byliśmy jedyną rodziną która wpadła na przedstawienia z tak zwanej "wolnej stopy". Poza tym po jednym przedstawieniu organizatorzy postanowili zaprezentować jakiś amatorski film, co mi się nie spodobało. Sprzęt im się popsuł, ale jak to panowie specjaliści - wzięli sobie za punkt honoru że film będzie czy się na to sprzęt zgadza czy też nie i zaczęli grupowe debaty nad laptopem. Ponudziłam się jeszcze 10 minut, Marianna zrobiła "zimną rybę" i to już był koniec. Przynajmniej dla mnie. Mocno poirytowana nakazałam opuszczenie obiektu, wciskając mocno już "śniętą" córcię w ramiona pana męża i coś tam pomrukując pod nosem wróciłam do domu. I nie wyżyłam się fotograficznie - a przecież od tego roku dopiero mam porządny aparat i naprawdę cieszyłam się że będę mogła "ugryźć" teatr, co jest nie lada ciekawym wyzwaniem
Trudno - może za rok będzie lepiej...

wtorek, 16 czerwca 2009

Studium przypadku

Czasami życiem naszym kieruje przypadek. Los pcha nas w miejsca zupełnie wcześniej przez nas nie ustalone. Pozostaje wtedy ufać iż los ten zawiedzie nas tam... lub raczej że nas nie zawiedzie...
Ja jestem w czepku urodzona i nawet jeśli coś nie idzie po mojej myśli - to wychodzi ... Właśnie.
Chciałam dziś opowiedzieć historię pewnego przypadku.
To miała być wyprawa w Tatry. Pierwsza poważna wyprawa od bardzo dawna. Poważna, znaczy bez dzieci. Nie, no nie powiem bym od razu zapałała entuzjazmem na myśl że znajomi wspiąć się życzą na Rochacze, bo to z moim lękiem wysokości raczej niepoważne by było. Aczkolwiek gdy już zbliżaliśmy się do tatr po Słowackiej stronie zaczęłam dostrzegać u siebie coraz wyraźniejsze oznaki niepoważności. Bo co tam, ech lęki wysokości, braki ekwipunku i słabość szarganego ciągłymi chorobami ciała - gdy, no właśnie - wilka ciągnie do lasu. I już, już moja skłonność zaczęła się odchylać w stronę rozpaczliwego pragnienia (a choćbym miała zawisnąć na tym szczycie z zębami na łańcuchu). I już, już zaczynałam wyć w stronę ośnieżonych szczytów gdy zderzyliśmy się z brutalną rzeczywistością - Tatrzański Park Narodowy po Słowackiej stronie jest zamknięty do 15 czerwca, zatem ponad wysokość schroniska wejść się nie da bo pilnują. I dwa dni powiedział by kto nie robi różnicy - to jednak dla Słowackiej straży leśnej zakaz to je zakaz i koniec! A z ichniejszą "pokutą" do czynienia mieć nie chcieliśmy, więc przyszło by wracać do domu. Szkoda by było, no bo w końcu do cholery wywalczyłam sobie na ten wyjazd dwa dni urlopu w bardzo atrakcyjnym terminie urlopowym (no cóż - ma się ten staż, niech więc młodzi pracują) i przegonić się nie dam, a i łamać przepisy to też nie w moim stylu. Więc chcieli nie chcieli - tyle gór widzieli co nad choinki wystawało i alternatywę zaproponowano pod nazwą "Mała Fatra". Państwo B. z entyzjazmem przyjeli ten pomysł gdyż to nie są ludzie co to się pod nimi słaby ogień pali - dokładać nie trzeba. I tu chciałam za to Maćkowi i Baśce jeszcze raz serdecznie podziękować: wyjazdy z wami to prawdziwa przyjemność !
Takim sposobem poznałam pasmo Małej Fatry (szukać na mapie Słowacji po orawskiej stronie)
I z zachwytem oświadczam że Mały Rozsutec to jedna z najbardziej urokliwych i wymagających gór jakie napotkałam na mojej drodze. Skaliste tryskające wodą i zielonością Diery pokonuje się skalnymi półkami, przerzuconymi przez strumień o wodzie krystalicznej kładkami i drabinkami pod którymi z łoskotem spada szalony wodospad. Serce Małej Fatry jest zielonym soczystym żródłem, zaś szczyty skaliste i ostre mają grzebienie, grzebienie owe pokonuje się przy pomocy łańcuchów, kosodrzewiny co wczepia się we włosy i stanowi łaskoczący twarz ratunek, oraz paznokci wbitych w kamienie.
Stając na szczycie myślę tylko - Mój Boże jakże ja mała jestem !

Parę zdjęć można zobaczyć tutaj, a jeszcze więcej tu bo mimo zmęczenia nie odmówiłabym sobie zrobienia tych kilkunastu fotek :)

sobota, 30 maja 2009

w innym świecie


Mam taki świat. Świat księżniczek, tajemniczych stworzeń, elfów, zwidów, podziemnych światów. W takim świecie odpoczywam, daję ponieść się fantazji. Znam go i on mnie zna. Ponieważ...
Dawno, dawno temu gdy byłam dziewczynką z kucykami, miałam poważne problemy przystosowawcze. Każde pójście do szkoły powodowało olbrzymi skok stresu, a zabawa z rówieśnikami była niemożliwa z uwago na nieśmiałość chorobliwą i niedostosowanie. Tak, tak - dzisiaj jak komuś mówię że byłam nieśmiała - wybucha śmiechem. A ja byłam autsajderem, odludkiem, dziwolągiem. I to wcale nie była wina dzieci ( jak wtedy myślałam) tylko mój osobisty wybór, najpierw mniej, a później coraz bardziej świadomy. zatem by móc udawać że mnie nie ma, by móc schować się przed ludźmi - dużo czytałam.
Czytałam wszędzie gdzie można było, przeczytałam bibliotekę szkolną, zapisałam się do trzech bibliotek miejskich. Znam chyba wszystkie możliwe baśnie i opowieści dla dzieci. By móc czytać spokojnie zaczęłam znikać w szafie (hi,hi, nie wiedzieli o tym moi rodzice) z poduszką i nocną lampką. Wyobraźnia jednak wkrótce zaczęła płatać mi figle i przyszedł taki czas że nie wiedziałam już co realne jest, a co nie. W końcu coś pękło, zaczęłam spotykać się z rówieśnikami, mimo iż wymagało to ode mnie sporo wysiłku, ale jednak ciągle tkwiłam w swoim wyimaginowanym świecie. Nadal byłam inna, co jednak sprawiało mi przyznam satysfakcję , więc zaczęłam tą swoją odrębność podkreślać. To były czasy gdy przeżywałam fascynację wierszem. Z tomikiem Stachury przesiadywałam godziny w konarach wierzby i pisałam na wszystkim co się do tego nadawało. Słowa, słowa, słowa - rosły we mnie i pęczniały, a niezapisane sprawiały mi ból.
Na studiach definitywnie porzuciłam baśnie i dnie spędzałam w bibliotece pedagogicznej. Przeczytałam wszystkie lektury i większość pozycji książek "zalecanych". Zaliczyłam klasykę literatury. Niewiele mi przyznam z tych książek w głowie zostało (he,he)
Po latach tłustych nastały lata chude. Przy mojej córci czytanie czegokolwiek graniczyło z cudem. "Panna nieszczęście" darła się za każdym razem gdy tylko przestawałam jej patrzeć w oczy. Na szczęście urosła, uff...
Dziś znów czytam baśnie, znaczy fantastykę i wyciszam się w świecie dobrych stworzeń, bohaterskich rycerzy i pięknych księżniczek. Zakupiłam właśnie "Rozgrywkę Cienia" - drugą część trylogii Cada Williamsa i porwała mnie.... porwała tak głęboko że nie mam czasu na nic innego

wtorek, 26 maja 2009

Bitwa Wyrska

Właściwie nie wiem co sobie o tym myśleć. Faktem jest iż z ciekawością pojechałam na kolejną inscenizację do pobliskiej Gostyni. Trudno to nazwać dobrą zabawą, ale jednak jakiś taki swoisty rodzaj "rozrywki" rodzinnej. Na inscenizacji bowiem staramy się bywać co rocznie. Wklejam więc poniżej kilka faktów dotyczących tej Bitwy a że nie znam się na historii, zapożyczyłam fakty ze strony oficjalnej
Bitwa Wyrska była zapomnianym epizodem obrony górnośląskiej ziemi we wrześniu 1939 roku. W pamięci pokoleń przez lata utrwalany był mit, iż obrona Górnego Śląska sprowadzała się do dzielnej i pełnej poświęcenia postawy harcerzy (obrona wieży spadochronowej w Katowicach) czy też ochotniczych oddziałów powstańców śląskich. Z uporem zapominano o formacjach regularnych, czyli liczącej około 45 tysięcy żołnierzy Grupie Operacyjnej „Śląsk”, dowodzonej przez generała brygady Jana „Jagmina” Sadowskiego, wchodzącej
w skład Armii „Kraków”. Rdzeń GO „Śląsk” stanowiły trzy duże formacje: 23 Górnośląska Dywizja Piechoty od roku 1922 roku trwale związana z Górnym Śląskiem, mobilizowana od marca 1939 roku 55 Rezerwowa Dywizja Piechoty oraz elitarny Grupa Forteczna Obszaru Warownego Śląsk Ta ostatnia formacja obsadzała wznoszone od 1933 roku śląskie fortyfikacje stałe. Oddziały te dzielnie, przez trzy doby, od 1 września 1939 roku broniły śląskich wsi i miast przed hitlerowską agresją. Należy podkreślić, że odwrót Wojska Polskiego z Górnego Śląska zarządzony w nocy z 2 na 3 września 1939 roku nie był spowodowany faktem pokonania
GO „Śląsk” przez oddziały Wehrmachtu, a ogólną sytuacją na froncie południowym, która groziła zamknięciem w kotle silnie trzymającej się na Górnym Śląsku polskich formacji.
Jednym z ważnych epizodów tych zmagań była Bitwa Wyrska, która rozegrała się pomiędzy 1–3 września 1939 roku w rejonie miejscowości Wyry i Gostyń położonych pod Mikołowem. W okresie jej szczytowego nasilenia w walkach po obu stronach brało udział kilkanaście tysięcy żołnierzy. Dlatego śmiało można stwierdzić, że była to największa bitwa, jaka rozegrała się we wrześniu 1939 roku na Górnym Śląsku. Największa pomimo to przez lata zapomniana.
Ja myślę że również po części zapomniana z tego powodu że po obu stronach stali Polacy - gdyż na tych terenach ludność masowo została wcielona w szeregi Wermachtu. I to jest przykre.
Dla mnie taka impreza posiada wymiar "słodko-kwaśny", choć uważam że taka historia na żywo głębiej przemawia do wyobraźni widza gdy zostanie się obrzuconym piachem i trawą przez wybuchające miny, w oczy gryzie dym spalonej stodoły, a samolot przelatuje z ogromnym hukiem tuż nad głową. No i dowiedziałam się z jaką ogromną siłą i prędkością może przemieszczać się czołg. Od soboty więc pan mąż marzy by przyłączyć się do takiej grupy rekonstrukcyjnej, a syn chce mieć na gwałt pistolet. Ręce opadają. Pistoletu oczywiście nie kupiłam, choć w sumie to nie bardzo wiem co o tym myśleć - boć przecież i ja będąc kiedyś-tam-kiedyś małym chłopcem bawiłam się w okolicznych bunkrach i czas spędzałam na strzelaniu z kija, więc to takie naturalne potrzeby u 7 letniego chłopca są. Zdjęć ciekawych nie zrobiłam, bowiem zajęłam bardzo nieciekawą pozycję więc chętnym polecam galerię którą znalazłam na stronie takiej właśnie grupy rekonstrukcyjnej

poniedziałek, 18 maja 2009

gdybym to ja miała...

... za co ;)
Ludzie którzy znają mnie dosyć dobrze wiedzą że nie lubię staroci. Ze względu na moją "przypadłość" czy jak tam to inaczej nazwał - nie znoszę starych domów, pałaców, skansenów i rupieci które się tam znajdują. Owszem, owszem bardzo lubię czerpać w tych miejscach inspirację, a nawet więcej - moja kuchnia coraz bardziej zaczyna przypominać szałas z 18 wieku (he,he,he) to jednak nie chciałam nigdy, do tej pory przynajmniej, za nic w świecie w takich starych murach zamieszkać!
Kiedyś przechodziłam już jednak taką fascynację będąc w ośrodku Monaru w Krakowie który mieścił się w pięknym pałacu. Pałac ten fascynował mnie i przerażał jednocześnie, acz z prawdziwą przyjemnością pomagałam pracach nad jego odnową. Fascynował na tyle, że gdyby nie miłość do pewnego młodzieńca tu na śląsku, zastanawiałabym się poważnie nad pozostaniem tam już na zawsze i złożeniem papierów na renowację zabytków (to ostatnie jeszcze gdzieś tam po mojej głowie do dziś szaleje)
Teraz dotknęło mnie ze zdwojoną siłą i powróciła ogromna tęsknota za sprawą pałacu stojącego we wsi Bobrek nieopodal Oświęcimia. To doprawdy rzut beretem ode mnie a naprawdę nigdy tam nie byłam. Ja -pani smykalska i wszędobylska nigdy wcześniej nie słyszałam o tym miejscu. I nic dziwnego - bowiem miejsce owo jest dobrze ukryte w dzikim parku, który kiedyś musiał być równie przepiękny jak sama budowla popadająca dziś w ruinę.
Więc stanęłam tam tak z rozdziawioną paszczą i łzą w oku, oczyma wyobraźni widząc powiewające na wietrze muślinowe firanki, kolorowe witraże w oknach, kutą bramę i fontannę przed wejściem. I już sadziłam rododendrony i azalie decydując które drzewa należy wyciąć, a które dopełniają romantycznej wizji ogrodu, gdy przypomniało mi się że ten pałac nigdy nie będzie mój. Nie będzie również niczyj i zgnije, popadnie w ruinę.
Jedynym moim marzeniem zostaje więc - by odnalazł się ktoś kto kupi i wyremontuje pałac, albo odnajdzie się jego prawowity właściciel - bo tak piękne miejsca nie mogą, po prostu nie mogą zniknąć!!!

wtorek, 12 maja 2009

kwiatki - bratki, zaklepywanka

Zaprosiła mnie do blogowej zabawy Kama z Lawendowego zakątka. Chętnie wezmę udział w tym projekcie.
Przypomina mi to czasy, wspaniałe czasy zresztą – gdy w grupie moich przyjaciół wymienialiśmy się takimi łańcuszkami. Bo to niby dziecinne jest z jednej strony, lecz jednocześnie bardzo ciekawe doświadczenie, rozwijające światopogląd i sposób myślenia o samym sobie. Jedną z takich „opowieści” (tak, tak – powstawały z tego niezwykłe, rozbudowane wywody) przetrzymuję schowaną na dnie szuflady z bliskimi sercu zapiskami i wyciągam sobie czasem by pośmiać się i potęsknić. Potęsknić za spotkaniami z Arturem, Krzyśkiem, Iwonką... grupą przyjaciół moich, nieformalnych filozofów. Na takich spotkaniach przy lampce wina powstawały niezwykle teorie, wielkie i banalne... Potem te teorie obrastały w pisemne już „a może...” , „a gdyby” przesyłane od-do i powrotnie do godzin późnych za pomocą łącza internetowego.
A pamiętacie te zeszyty zwierzeń w których koleżanki w szkole wpisywały sobie takie tam głupoty typu „twój ulubiony kolor”, „ulubiony aktor”. He,he – szkoda że nie zachował mi się taki zeszyt. Ale do dzisiaj pamiętam że Asia najbardziej lubiła kokosowe wafelki, a ulubionym kwiatem Ani są frezje.
Taaa.... dobrze wiedzieć coś o przyjaciołach, dobrze wiedzieć coś o sobie
W tego typu łańcuszkach występują bowiem pytania tak zaskakujące, że łapiemy się na tym iż tak wielu rzeczy o sobie samym nie wiemy jeszcze. Ja lubię takie wyzwania – staję więc z sobą twarzą w twarz i odpowiem:

Gdybyś miała spędzić jeden dzień jako gwiazda, to jaką gwiazdą chciałabyś być?
- Nie mam takich marzeń – za leniwa jestem na gwiazdę, no ewentualnie mogłabym być jeden dzień jakąś księżniczką z bajki disneya. Czy wchodzą w rachubę rysunkowe gwiazdy?
2. Jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość?
-Mam dwie opcje: wygrywam w Lotto kupę kasy i kupuję sobie ten przepiękny pałac który stoi w ruinie nieopodal. Odnawiam go, realizując swoje wizje artystyczne, a resztę życia spędzam w przypałacowym parku na grzebaniu w ziemi.
Opcja druga zakłada że wydaję w końcu moją książkę i przenoszę się w Bieszczady gdzie mogę w ciszy malować ikony w świetle słoneczka.
Obie opcje są mocno z przymrużeniem oka ;)
3. Masz tylko jeden dzień. Co robisz?
pewnie jestem motylem- więc latam beztrosko po łące, abo...
zaciągam olbrzymi kredyt, ubezpieczam się na jeszcze więcej i jadę z rodziną na tajemniczą i pełną przygód wyprawę.
Albo po prostu idziemy na spacer trzymając się za ręce
4. Gdybyś mogła zmienić tylko jedną rzecz na świecie, co to by było?
- zmieniłabym... siebie
5. Powiedz o sobie coś, co wiesz tylko ty.
- jestem leniwa ( niektórzy się domyślają)
6. Co myślisz o osobie, która cię klepnęła?
To znaczy Kama? Myślę że to bardzo sympatyczna młoda kobieta. Szanuję ją i podziwiam za szczerość i odwagę w reprezentowaniu wartości których wiele osób się wstydzi, za bycie sobą Kamo duży plus
7. Co ostatnio oglądałaś w TV?
- reklamy pewnie były ostatnio
8. O której chodzisz spać?
- zdecydowanie nie o tej o której bym chciała, ale tak jakoś mi wychodzi
(mam taką bardzo słuszną prezentację na temat „kiedy kobieta idzie spać”
9. Widziałaś ostatnio coś dziwnego?
UFO? Nie nie widziałam – bo ja to na wsi mieszkam
10. Czego boisz się najbardziej?
- najbardziej boję się o dzieci moje – chciałabym by nigdy nie doznały głodu, zła, wojny, chorób...
11. Typowanie:
Nie wiem kogo mogłabym wytypować – może po prostu kto ma ochotę odpowiedzieć sobie na parę pytań niech czuje się przeze mnie „klepnięty”

P.S. A na zdjęciu? Jak widać kupiłam papier w bratki.

wtorek, 5 maja 2009

pizza domowa

Posted by Picasa

Goście są w naszym domu zawsze mile widziani. Nawet gdy panuje ostatni stan zagrożenia lawinowego (co się czasami zdarza) każda osoba pragnąca znienacka nawiedzić nasz dom przyjmowana jest podług staropolskiej zasady "gość w dom - Bóg w dom". Co prawda z chlebem i solą w sieni nie stoję, acz jak kto głodny to i chleba dostanie. Lubię gości, lubię jak mnie ktoś odwiedza - co odczytuję jako zaszczyt, gdyż najwidoczniej moje towarzystwo jest mu przyjemne.
Kiedyś takie odwiedziny związane były z wspólnym gotowaniem. Iwona wpadała wprost po pracy na kolację, z dziewczynami z pracy organizowałyśmy spotkania w kuchni, wspólne gotowanie, a czasami po prostu ktoś wpada na coś dobrego. Moje wszystkie dziewczyny są teraz młodymi matkami, więc nasze spotkania uległy przesunięciu w czasie i mam nadzieję że kiedyś do nich powrócimy. Mój dom jest przynajmniej otwarty.
Chciałam wam dzisiaj podać mój przepis na pizzę, przepis o który prosiło mnie już tak wiele osób
1 szklanka ciepłej wody
1/2 szklanki oliwy
1/2 kg mąki
5 dkg drożdży
1 łyżka cukru
1 jajo
sól
Podstawą udanej pizzy jest dobrze wyrobione ciasto drożdżowe. Ciasto drożdżowe wymaga ciepłych warunków więc wszystkie składniki należy wyjąć wcześniej z lodówki. Mąka lubi być przesiana a drożdże roztarte z cukrem. W mące robię dołek i wlewam rozczyn czyli kożuszek fermentujących drożdży (drożdże rozmieszane z cukrem, rozpuszczone w ciepłej, ale nie gorącej wodzie pozostawiam na 15 min pod przykryciem)
Zostawiam jeszcze na chwilę rozczyn w mące by popracował nad tą znajomością, potem wbijam jajko i dodaję oliwę ( jeśli o mnie chodzi to musi być oliwa, choć można i oleju użyć zamiennie)oraz szczyptę soli. Dokładnie i długo wyrabiam i zostawiam do wyrośnięcia, po 30 minutach wyrabiam jeszcze raz i wykładam na dużą blachę. I znów pozostawiam na chwilę do wyrośnięcia. Do moich prywatnych tajemnic należy sos którym smaruję ciasto, choć uchylę rąbka tajemnicy - w jego skład bowiem wchodzi przecier pomidorowy, oliwa, spora ilość suszonych ziół (koniecznie bazylia i oregano) suszona cebula i czosnek. Ziół również czasami dodaję do samego ciasta. Wyrośnięte ciasto smaruję dokładnie sosem pomidorowym. A na górę - jak kto lubi pieczarki, salami, cebula, pomidory, cukinia, papryka, kukurydza...
I duże ilości sera bo ja lubię ser :)
No i do pieca
W czasie jak pizza się piecze warto przygotować jakąś lekką sałatkę i sos czosnkowy, ale o tym następnym razem
Więc kto leci po piwo?