środa, 25 stycznia 2012

Co jest? No co...

Myślałam że poradzę sobie. Ja...
Ja sobie nie radzę. Zaniedbuję nieomal wszystkie dziedziny swojego życia, zawalam w pracy, nie wywiązuję się z obietnic, skrzynki nie odbieram. W moich włosach zagnieżdżą się szpaki. Będą śpiewać o matce która nie dała rady...
Nie dam rady, no wysiadam...
Jednak czy muszę? Chyba nie - bo cóż mi z tego przyjdzie? Nie można położyć się i umrzeć na bezradność. No chyba żeby wpierw zapaść na głęboką depresję, a zejść następnie :)
Niezorganizowanie nie jest jednostką chorobową, a depresji mieć mi się nie chce, bo przy moim braku organizacji pewnie zapomniałabym i o tym...
Lepiej sobie to poukładać. Lecz baaa... no łatwo powiedzieć. Żeby poukładać - trzeba mieć czas, zatrzymać się, zwolnić... trzeba mieć czas by znaleźć czas... by czas dogonić.
A ja ciągle w biegu, wszędzie mokra, zmęczona i poirytowana.
No co jest?
Nie chcę tak... chcę śmiać się, puszczać z dziećmi latawca, garnki lepić z gliny i wyjść na długi oczyszczający spacer bez poczucia że coś zaniedbałam, gdzieś nie zdążę i nie zrobię czegoś.
Chcę usiąść na ławce - twarz wypiąć do słońca i stracić poczucie czasu.
Ale jak to pisał poeta: przyjdzie wiosna... sady kwitną... i tego trzymać się trzeba...
Albo coś w ten rzucik ;)

piątek, 11 marca 2011

A jednak szydełko...

Wybrałam. Zaszalałam. Podarowałam komu trzeba :)

piątek, 4 marca 2011

Mam cię po dziurki... w uszach


Wracamy z zerówki. Jest wietrzne zimowe popołudnie więc otulam twarz szczelniej szalem.
- Nie jest ci zimno? - zapytuję zmartwiona.
- Nie - pada krótka odpowiedź.
Próbuję jeszcze nawiązać rozmowę z moją panną pytając co tam w zerówce, co było na obiad i takie tam... ale z marnym skutkiem. W końcu zniecierpliwiona moją paplaniną 6-latka odpowiada:
- Nie przeszkadzaj mamo bo nagrywam.
Aha...
- A mogę wiedzieć co nagrywasz?
- Nooo mamo, nie wiesz? Piosenkę sobie nagrywam. Ty tak nie masz? Wgrywam sobie piosenkę i potem odtwarzam w swoim umyśle. I sobie słucham.

Hmmm... a Tymek do tego podobno potrzebuje MP4.

No cóż - podobno mózg kobiety różni się znacząco od mózgu mężczyzny. Powołując się na tą różnicę też zrobiłam coś z niczego, a raczej kolczyki z podobizną mojej córki



Ha, ha... uwielbiam to

środa, 23 lutego 2011

Wszystkich was kocham najbardziej


Mam w biblioteczce dziecięcej pewną książkę dziecięcą. Bardzo, bardzo ją lubię. Opowiada o trzech małych misiach których serduszka przepełnia troska - czy oby napewno rodzicom starczy miłości dla trzech tak odmiennych dzieci. Misiowi rodzice przytulając swoje pociechy zapewniają że o takich właśnie misiach marzyli i wszystkich kochają NAJBARDZIEJ.


Czytając tą książkę mym dzieciom wieczorami zazwyczaj wpadałam w dziwne zadumanie: jak bardzo brakowało mi tego trzeciego misiaka. Nawet nie mogłam się wtedy spodziewać jak bardzo Bóg okaże się dla mnie łaskawy - dziś wtulony w moje ramiona zasypia misiak trzeci. O takim właśnie marzyłam.


Nigdy nie mówię moim dzieciom że kocham je tak samo. Zasady równości są mylne - ponieważ nie ma miary równej, wymierzonej.... los nigdy nie dzieli po równo. Nigdy zatem nie kupuję dzieciom prezentów o tej samej wartości, nie dzielę na równe części słodyczy... samej siebie nie podzielę na trzy. Bo po równo - nie znaczy sprawiedliwie.


Dlaczego?


Bo moje dzieci są tak bardzo różne, tak odmienne mają potrzeby...


Misiak pierwszy - wspaniały chłopiec którego podarował mi świat. Wrażliwy, czuły, miły. Ale również podatny na wpływy środowiska, zamknięty w sobie.Trzeba z nim dużo rozmawiać, pokazywać sposoby na spędzanie wolnego czasu, wymagać dyscypliny i dbać o swój autorytet - by świat go nie porwał zanim mu go oddamy.
Drugi misiak - urocza dziewczynka o trudnym charakterze. Tej pannie mówienie o emocjach nie sprawia żadnego problemu, za to "posłuszeństwo" i "dyscyplina" - obco brzmiące hasła nie robią na niej żadnego wrażenia, zarówno jak metoda kija i marchewki. Na to stworzenie nie ma sposobu - trzeba po prostu całować słodki pyszczek i ufać że wyrośnie na mądrą kobietę która wie czego chce.
i wreszcie Misiak trzeci - malutki grzeczny niemowlaczek, jednocześnie najbardziej zależny ode mnie i jednocześnie najmniej pochłaniający uwagi.
Moje dzieci, moje trzy misie -tak odmienne, tak najważniejsze - wszystkich was kocham NAJBARDZIEJ!

wtorek, 14 grudnia 2010

Anielskie uniesienie

Póki jeszcze jestem "w stanie" natchnęło mnie anielsko i z tego radosnego uniesienia powstała masa solna, a z niej masa aniołów. Właściwie to miał być ten jeden - dla mojej córci. Ale potem jakoś tak... samo poszło.






wtorek, 7 grudnia 2010

Przerwane opowieści

Oj, dawno nie czytałam aż tyle. Siedzenie w domu sprzyja opowieściom, a moje opowieści nie są spisane w zeszytowych wydaniach - to potężne tomiska, grube cegły po kilka tomów. Fantastyka. Pan mąż twierdzi że oszaleć od tego można, ale ja tak naprawdę nigdy się specjalnie swoim zdrowiem psychicznym nie przejmowałam, a przynajmniej nie na tyle by rzucić czytanie. I ciekawa jestem czy któraś z moich córek odziedziczy po mnie to zamiłowanie ( komuś przecież muszę zostawić w spadku tą szafę pełną papieru). Bo sam Bóg raczy wiedzieć ile ja w tym okresie nakupiłam znów książek i ile poszło na to pieniędzy. I tu pan mąż znów się "zatroskowuje" że niedługo zacznę na mydle oszczędzać. Już teraz do kosmetyczki nie chodzę, fryzjera omijam - a książkowy zakątek puchnie w wciąż nowe pozycje.
Jest owszem biblioteka w naszym miasteczku. No tylko z naszą biblioteką to jest tak:
Gdy zacznę czytać jakąś ciekawą opowieść okazuje się że w bibliotece jest tylko pierwszy tom, albo środek gdzieś znikł, czy końca nie ma.
"Malowany człowiek" - Peter Brett - to pierwsza z książek które pochłoneły mnie bez reszty. Przestałam sprzątać, przestałam gotować, a zanim zdążyłam przestać oddychać za przyczyną tej pochłaniającej historii - historia niespodziewanie utknęła w miejscu. Pani w bibliotece oświadczyła mi że niestety drugiego tomu nie mają - więc jak tu żyć? Opowieść Bretta tak jednak chwyciła mnie za serce że zapragnęłam ją mieć. Po prostu są takie książki które MUSZĘ mieć. I to jedna z tych pozycji. Zdobyłam więc drugi tom, potem trzeci, następnie czwarty... i nawet nie wiem kiedy pochłonęłam wszystkie prawie 2000 stron. Prawdziwy ze mnie demon nocy :)
W międzyczasie, gdy czekałam na Malowanego Człowieka - wypożyczyłam książkę (też nie cienką) Robin Hobb - "Złocisty błazen" - i tutaj powtórka z rozrywki: pierwszy tom, drugi tom i.... trzecią książkę wypożyczył ktoś kto być może ma problemy z czytaniem, albo zapomniał oddać? Trwa to już na tyle długo że za każdym wejściem do biblioteki pani bibliotekarka uprzejmie na wejściu informuje mnie że: błazna nie ma :(
No cóż, trzeba coś czytać - więc kilka przerywników z innych kategorii dla odświeżenia umysłu (boć nie można ciągle w bajkowym świecie żyć). Przerywanie przerywnikami przerwało pojawienie się czwartego tomu Malowanego człowieka, czyli "pustynna włócznia". Zamydliłam oczy panu mężowi że ta książka jest mi do oddychania niezbędna i wracałam do domu z 600 stronicowym mutantem pod pachą, przyrzekając po drodze że zachowam ją do szpitala, jak przyjdzie czas. Jużci - jakbym miała choćby cień zamiaru dotrzymać tej obietnicy. Po dwu dniach znów nie było co czytać. Ostatnia strona za to ucieszyła mnie niezmiernie - bowiem okazało się iż pan Brett nie zmieścił się w 4 tomach i pisze tom 5 - zatem czekam.
W międzyczasie jeszcze większa radość - trzeci tom napisał i rzucił na polski rynek Ted Williams: no dwa lata czekałam na "Powrót cienia" i już kolejne tomisko grzeje miejsce na mojej półce. Tu następne zaskoczenie - pan Williams również się nie zmieścił w tomach trzech. Zacieram więc ręce, a pan mąż kwituje to słowami: Jak długo można tak lać wodę by ludzie to kupowali?
No ale cóż - pan mąż nie zna się na fantastyce, więc nie wie że dobrze lać wodę też trzeba umieć. Zresztą wspaniałomyślnie pozwala mi na moje książkowe zachcianki, bo od tego przynajmniej mi fałdki nie rosną, a i ciężarnej odmawiać nie przystoi - myszy by go zjadły :)
Tym razem jednak odłożyłam 3 tom "Marchii Cienia" do szpitalnej torby i rzuciłam się w wir przygody napisanej przez Catherine Fisher - "Więzień Incarceron". I już wiem że drugiego tomu w bibliotece nie mają.
Cóż, pozostaje mi szydełko i kule turkusowej wełny :)