
wtorek, 8 lutego 2011
wtorek, 14 grudnia 2010
Anielskie uniesienie
wtorek, 7 grudnia 2010
Przerwane opowieści
Oj, dawno nie czytałam aż tyle. Siedzenie w domu sprzyja opowieściom, a moje opowieści nie są spisane w zeszytowych wydaniach - to potężne tomiska, grube cegły po kilka tomów. Fantastyka. Pan mąż twierdzi że oszaleć od tego można, ale ja tak naprawdę nigdy się specjalnie swoim zdrowiem psychicznym nie przejmowałam, a przynajmniej nie na tyle by rzucić czytanie. I ciekawa jestem czy któraś z moich córek odziedziczy po mnie to zamiłowanie ( komuś przecież muszę zostawić w spadku tą szafę pełną papieru). Bo sam Bóg raczy wiedzieć ile ja w tym okresie nakupiłam znów książek i ile poszło na to pieniędzy. I tu pan mąż znów się "zatroskowuje" że niedługo zacznę na mydle oszczędzać. Już teraz do kosmetyczki nie chodzę, fryzjera omijam - a książkowy zakątek puchnie w wciąż nowe pozycje.
Jest owszem biblioteka w naszym miasteczku. No tylko z naszą biblioteką to jest tak:
Gdy zacznę czytać jakąś ciekawą opowieść okazuje się że w bibliotece jest tylko pierwszy tom, albo środek gdzieś znikł, czy końca nie ma.
"Malowany człowiek" - Peter Brett - to pierwsza z książek które pochłoneły mnie bez reszty. Przestałam sprzątać, przestałam gotować, a zanim zdążyłam przestać oddychać za przyczyną tej pochłaniającej historii - historia niespodziewanie utknęła w miejscu. Pani w bibliotece oświadczyła mi że niestety drugiego tomu nie mają - więc jak tu żyć? Opowieść Bretta tak jednak chwyciła mnie za serce że zapragnęłam ją mieć. Po prostu są takie książki które MUSZĘ mieć. I to jedna z tych pozycji. Zdobyłam więc drugi tom, potem trzeci, następnie czwarty... i nawet nie wiem kiedy pochłonęłam wszystkie prawie 2000 stron. Prawdziwy ze mnie demon nocy :)
W międzyczasie, gdy czekałam na Malowanego Człowieka - wypożyczyłam książkę (też nie cienką) Robin Hobb - "Złocisty błazen" - i tutaj powtórka z rozrywki: pierwszy tom, drugi tom i.... trzecią książkę wypożyczył ktoś kto być może ma problemy z czytaniem, albo zapomniał oddać? Trwa to już na tyle długo że za każdym wejściem do biblioteki pani bibliotekarka uprzejmie na wejściu informuje mnie że: błazna nie ma :(
No cóż, trzeba coś czytać - więc kilka przerywników z innych kategorii dla odświeżenia umysłu (boć nie można ciągle w bajkowym świecie żyć). Przerywanie przerywnikami przerwało pojawienie się czwartego tomu Malowanego człowieka, czyli "pustynna włócznia". Zamydliłam oczy panu mężowi że ta książka jest mi do oddychania niezbędna i wracałam do domu z 600 stronicowym mutantem pod pachą, przyrzekając po drodze że zachowam ją do szpitala, jak przyjdzie czas. Jużci - jakbym miała choćby cień zamiaru dotrzymać tej obietnicy. Po dwu dniach znów nie było co czytać. Ostatnia strona za to ucieszyła mnie niezmiernie - bowiem okazało się iż pan Brett nie zmieścił się w 4 tomach i pisze tom 5 - zatem czekam.
W międzyczasie jeszcze większa radość - trzeci tom napisał i rzucił na polski rynek Ted Williams: no dwa lata czekałam na "Powrót cienia" i już kolejne tomisko grzeje miejsce na mojej półce. Tu następne zaskoczenie - pan Williams również się nie zmieścił w tomach trzech. Zacieram więc ręce, a pan mąż kwituje to słowami: Jak długo można tak lać wodę by ludzie to kupowali?
No ale cóż - pan mąż nie zna się na fantastyce, więc nie wie że dobrze lać wodę też trzeba umieć. Zresztą wspaniałomyślnie pozwala mi na moje książkowe zachcianki, bo od tego przynajmniej mi fałdki nie rosną, a i ciężarnej odmawiać nie przystoi - myszy by go zjadły :)
Tym razem jednak odłożyłam 3 tom "Marchii Cienia" do szpitalnej torby i rzuciłam się w wir przygody napisanej przez Catherine Fisher - "Więzień Incarceron". I już wiem że drugiego tomu w bibliotece nie mają.
Cóż, pozostaje mi szydełko i kule turkusowej wełny :)
Jest owszem biblioteka w naszym miasteczku. No tylko z naszą biblioteką to jest tak:
Gdy zacznę czytać jakąś ciekawą opowieść okazuje się że w bibliotece jest tylko pierwszy tom, albo środek gdzieś znikł, czy końca nie ma.
"Malowany człowiek" - Peter Brett - to pierwsza z książek które pochłoneły mnie bez reszty. Przestałam sprzątać, przestałam gotować, a zanim zdążyłam przestać oddychać za przyczyną tej pochłaniającej historii - historia niespodziewanie utknęła w miejscu. Pani w bibliotece oświadczyła mi że niestety drugiego tomu nie mają - więc jak tu żyć? Opowieść Bretta tak jednak chwyciła mnie za serce że zapragnęłam ją mieć. Po prostu są takie książki które MUSZĘ mieć. I to jedna z tych pozycji. Zdobyłam więc drugi tom, potem trzeci, następnie czwarty... i nawet nie wiem kiedy pochłonęłam wszystkie prawie 2000 stron. Prawdziwy ze mnie demon nocy :)
W międzyczasie, gdy czekałam na Malowanego Człowieka - wypożyczyłam książkę (też nie cienką) Robin Hobb - "Złocisty błazen" - i tutaj powtórka z rozrywki: pierwszy tom, drugi tom i.... trzecią książkę wypożyczył ktoś kto być może ma problemy z czytaniem, albo zapomniał oddać? Trwa to już na tyle długo że za każdym wejściem do biblioteki pani bibliotekarka uprzejmie na wejściu informuje mnie że: błazna nie ma :(
No cóż, trzeba coś czytać - więc kilka przerywników z innych kategorii dla odświeżenia umysłu (boć nie można ciągle w bajkowym świecie żyć). Przerywanie przerywnikami przerwało pojawienie się czwartego tomu Malowanego człowieka, czyli "pustynna włócznia". Zamydliłam oczy panu mężowi że ta książka jest mi do oddychania niezbędna i wracałam do domu z 600 stronicowym mutantem pod pachą, przyrzekając po drodze że zachowam ją do szpitala, jak przyjdzie czas. Jużci - jakbym miała choćby cień zamiaru dotrzymać tej obietnicy. Po dwu dniach znów nie było co czytać. Ostatnia strona za to ucieszyła mnie niezmiernie - bowiem okazało się iż pan Brett nie zmieścił się w 4 tomach i pisze tom 5 - zatem czekam.
W międzyczasie jeszcze większa radość - trzeci tom napisał i rzucił na polski rynek Ted Williams: no dwa lata czekałam na "Powrót cienia" i już kolejne tomisko grzeje miejsce na mojej półce. Tu następne zaskoczenie - pan Williams również się nie zmieścił w tomach trzech. Zacieram więc ręce, a pan mąż kwituje to słowami: Jak długo można tak lać wodę by ludzie to kupowali?
No ale cóż - pan mąż nie zna się na fantastyce, więc nie wie że dobrze lać wodę też trzeba umieć. Zresztą wspaniałomyślnie pozwala mi na moje książkowe zachcianki, bo od tego przynajmniej mi fałdki nie rosną, a i ciężarnej odmawiać nie przystoi - myszy by go zjadły :)
Tym razem jednak odłożyłam 3 tom "Marchii Cienia" do szpitalnej torby i rzuciłam się w wir przygody napisanej przez Catherine Fisher - "Więzień Incarceron". I już wiem że drugiego tomu w bibliotece nie mają.
Cóż, pozostaje mi szydełko i kule turkusowej wełny :)
wtorek, 21 września 2010
Darmodziej
Jak zacząć dzisiejszą opowieść? Może zbyt długo zwlekałam z nią, ale dziś to już trudno. Może na zasadzie naczyń połączonych coś się we mnie jednak wleje. Tak jak właśnie przelał się na mnie bard nie kraju naszego. O Nohavicy nie słyszałabym do dnia dzisiejszego, bo cóż mi tam ptaki co na obcych niebach ćwierkają - gdyby nie zamiłowanie pana męża do owych krain zagranicznych, do języka nietubylczego a obcego, do pieśni o brzmieniu niezrozumiałym.Więc ten pan Nohavica przelał się na mnie poprzez zasłuchanie - w samochodzie, w telefonie, komputerze - bo trudno jednak nie słuchać gdy słuch się jednak posiada, przynajmniej jako-taki, a coś natrętnie swe dźwięki o uszy obija. Bo trudno nie patrzeć gdy film czeski naszym domu jak papier toaletowy rozwija się w nieskończoność. Jedynym wyjściem przybrać sobie tego obcego barda za własnego i pojechać na koncert.
Koncert odbył się nie za granicą tym razem, a w Katowickim teatrze Korez. I na dodatek nie tak łatwo nań zdobyć bilety - bo pan Nohavica jednak w kraju naszym jest znany, by nie powiedzieć nawet że i popularny. Nic dziwnego - bo człowiek to pogodny, sympatyczny i "ludzkim językiem" włada równie biegle jak własnym. Oprócz języka nasz Jarek posiada również wygląd prosty a skromny, gitarę co lat ma już parę, harmonię i w sobie coś takiego co sympatię budzi publiczności. Pieśni jego potrafią wzruszyć i rozbawić - bo takie i jest barda przeznaczenie.
Specyficzne jest też to - że na koncercie Nohavicy spotyka się pewna grupa ludzi i powstaje wyjątkowy klimat jedności, wspólnoty - coś jak na szlaku w Bieszczadach. Ludzie śpiewają po czesku, artysta śpiewa po Polsku. I łączy swoich fanów po obu stronach granicy.
A nie powiedziałam przecież że wiele piosenek Nohavicy doczekało się nie tylko przetłumaczenia na język Polski - ale również płyty w wykonaniu polskich artystów - Soyki, Zamachowskiego i innych... "Świat według Nohavicy" zawiera wiele pięknych piosenek - ja jednak przywykłam już i wolę słuchać mojego barda w oryginale, po czesku :) A na wszelki wypadek - umieszczam w obu językach :)Miłego posłuchania.
poniedziałek, 6 września 2010
Nożem czy widelcem?
Od pewnego czasu wszelaką korespondencję prowadzę z łóżka. Proszę mi wybaczyć. Może to i niezbyt stosowne miejsce, za to jakie wygodne. Mam nawet już wbudowaną i jednoczesnie coraz większą półeczkę na rzeczy podręczne i niezbędne, zatem wychodzić z łóżka nie muszę, a nawet gdybym i musiała - to i tak nie chce mi się. Wyprawa do pobliskiego sklepu okazuje się dla mnie zdarzeniem tak traumatycznym, że na myśl samą o zakupach moja energia życiowa wskazuje poziom 0.0. Nie rozumiem jak mogli mi tak daleko sklep wybudować.
I nie mam nawet w zamiarze udawać przed kimkolwiek twardziela i wzorowej piastunki ogniska domowego - nie wstanę.
Jednak nie robić nic też jest ciężko - znalazłam sobie więc zajęcie. No niestety nie jest to nauka języków obcych, bo tak się w moim życiu układa, że to co się w życiu człowiekowi przydaje, mnie jakoś niespecjalnie wchodzi...
A dla odmiany to co mi wychodzi - niespecjalnie się w życiu przydaje :)
Tylko zdecydować się nie mogłam co w sumie wychodzi mi lepiej - robienie na drutach, czy szydełkowanie. W zasadzie to znam jeden ścieg na druty i jeden na szydełku, co nie przeszkadza mi jednak w zrobieniu takich bucików dla mojego maluszka. Podejrzewam że takich buciczków moje maleństwo do grudnia miało by już z 10 par, co całkowicie niepraktyczne jest. No, potrafię zrobić też czapeczkę i szalik, ale...
Postanowiłam ambitnie zabrać się za sprawę i kupiłam gazetkę z wzorami na malutkie dziecięce wdzianka. Prześliczne, słodziutkie i tak miłe że chciało by się schrupać wraz z załączonymi bobasami. Już chciałam i ten i ten sweterek wydziergać, ale...
Nic, kompletnie nic nie rozumiem z tych oczek, słupków, półsłupków - no, czarna magia normalnie. Ale nic, trzeba się uczyć - bo przede mną jeszcze ponad trzy miesiące leżenia. Ciężko jest - ale co nas nie zabije to nas wzmocni - mówi stara maksyma. Tylko nadal zdecydować się nie mogę szydełko czy druty. Na wszelki wypadek zamówiłam sobie dwie piękne książki w KDC i dzisiaj przyszły. Z podekscytowania upiekłam ciasto ( bo teraz już mi słodkie wolno jeść) i już wiem jak się robi półsłupki :)
A pleśniak pycha. Podać?40 dag mąki
4 jajka
1 kostka margaryny
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 dag kakao
2 szklanki cukru
1 słoik powideł śliwkowych
cukier wanilinowy
Z mąki, żółtek, margaryny, jednej szklanki cukru, proszku do pieczenia i wanilli zagnieść ciasto. Podzielić na trzy części. Do jednej części dodać kakao. Z białek ubić na sztywno pianę dodając drugą szklankę cukru. W wysmarowanej tłuszczem foremce układać:
1 część jasnego ciasta, powidła śliwkowe, utarte na tarce ciemne ciasto, piana z białek, utarte jasne ciasto. Piec w 180 stopniach ok.50 min. Posypać cukrem pudrem.
poniedziałek, 26 lipca 2010
Pierwsze koty za płoty
i oto jestem :)
Tylko w trochę innej formie niż te kilka miesięcy temu, kiedyż to kiedy poczęłam zaniedbywać moich wiernych, choć nielicznych czytelników. Zatem jestem - w liczbie mnogiej, w formie zwielokrotnionej poprzez coraz bardziej wypukły brzuch. Tak, tak - bowiem to ja jestem właścicielką tego wyżej przedstawionego na fotografii brzucha (teraz nie mogę zapomnieć wstawić tej fotografii).
Na swoje wytłumaczenie tak niezbyt elegancko zwalę całą winę na osobnika który ten mój brzuch zamieszkuje - po trochę dlatego że niewinne tłumaczyć się nie może, a zresztą stamtąd i tak nic nie widzi - a czego oczy nie widzą...
Tak więc Damqelle została niespodziewanie parę miesięcy temu Obdarowana życiem - pomimo gorliwych zapewnień lekarzy że już absolutnie i niemożliwe... Jednak Boża ręka sięga dalej niż wzrok lekarzy i wyniki badań hormonalnych i już tam Najwyższy swoje wie. A żeby tak zupełnie na tego Boga nie było - to jest jeszcze taki jeden współwinny ;)
Tak więc zostałam obdarowana niespodziewanie i z całym .... znaczy z załącznikami. Abym się nazbyt nie cieszyła tym swoim darem, szczęściem i macierzyństwem (co dla poniektórych jest to męczące) rzuciły się na mnie promocyjnie plagi egipskie - oprócz typowych mdłości, senności, zawrotów głowy, wstrętu do jedzenia, nocnych skurczy i przepełnionego pęcherza - również takie nietypowe - wstręt do pisania i do robienia zdjęć (co wydawało by się niemożliwe - a jednak). Przez te parę miesięcy nie byłam w stanie zmusić się do wykrzesania choćby jednego słowa, nie wspominając już o tym że trzech miesięcy wcale nie pamiętam, a jedynie wiem z zeznań naocznych świadków że owe miesiące przespałam. Wraz ze mną spał mój blog i spała kawiarenka (bo od słodkości mam mdłości). Bardzo wszystkich na tą okoliczność przepraszam i obiecuję poprawę - choć z góry uprzedzam jednocześnie że mogę być do znudzenia monotematyczna bowiem moje maleństwo zajmuje już każdy zakamarek mojego umysłu, mojego serca i myśli.
sobota, 3 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)