
Ja zawsze lubiłam teatr. Z zazdrością obserwowałam pracę aktorów zza kulis teatru małego - gdzie udało mi się czasami wepchnąć przy okazji tworzenia scenografii, podziwiałam przyjaciółkę która lekka i piękna tańczyła w grupie tańca współczesnego i chodziłam na darmowe przedstawienia na dziedzińcu, czy małej scenie teatru. Pamiętam do dziś tą atmosferę jaka panowała na małej scenie. Chodzili tam przeważnie młodzi ludzie - studenci których tak jak mnie nie stać było na "luksus" pójścia głównym wejściem do teatru. Waliliśmy więc od tyłu, na statek - jak się mawiało bo widownia na małej scenie przedstawiała zazwyczaj widok jak po sztormie, po prostu stos ławek, stołków i innych klamotów, pośród których każdy sobie znajdował swoją dziuplę, gdzie montował się na czas trwania przedstawienia. Gdy gasło światło - przenosiliśmy się tym naszym transformatorem w zupełnie inną czasoprzestrzeń i zawsze w duszy przeklinałam tą moją nieśmiałość - dzięki której nie zgłosiłam się do żadnej z tych nieformalnych grup teatralnych. A może mogłabym również tworzyć ten "inny" świat?
Dzisiaj to już było-minęło jest.
Ale uczę moje dzieci miłości do teatru, uczę że poza telewizorem i komputerem istnieje jeszcze inny, ciekawy świat.... Świat niedosłowny, który każdy odbiera innymi zmysłami i na swój sposób. Teatr bowiem działa odwrotnie niż książka - daje nam obrazy - pozostawiając wolną przestrzeń na dopisanie treści. I mojemu synowi to się niezmiernie podoba. Już w ubiegłym roku obserwowałam z niekłamanym zadowoleniem jak Tymoteusz pochłaniał sztukę zbyt może jeszcze trudną dla niego, ale fascynującą. Widzę że ta muza go opanowuje i wciąga bo nieporuszony potrafi wysiedzieć w miejscu te kilka godzin, wzdychając tylko czasami z niewiadomego mi powodu.
Raz w roku jeździmy pod zamek w Chudowie gdzie o 21.30 rozpoczyna się przedstawienie na murach. Są ognie, tajemnicze postaci przebiegające po zamku i dziwne odgłosy. Jest przestrzeń, ciemność i niesamowita atmosfera. Dzieci wiedzą że to jest tylko przedstawienie, wizja - więc nie lękają się, choć prawdę mówiąc i ja czasem zadrżę gdy znienacka usłyszę głos puszczyka, lub coś ukaże się na chwilę w oknie. To dziwne wrażenie zaraz zatrze aksamitny głos narratora a na polanę wybiegnie roześmiana dziewka w czerwonej sukience z dzbanem jagód w dłoni. Westchnienie ulgi (więcej ludzi w tej ciszy czuło się niepewnie) Przedstawienie się zaczyna.
Dzisiaj ja wzdycham. Z niewiadomych powodów przedstawienie na murach nie znalazło się w tym roku w kalendarzu imprez Fundacji Zamek Chudów , a nasza Bieruńska uliczka była niewypałem. Z powodu paskudnej pogody przegląd teatrów amatorskich przeniesiono do Jutrzenki, ludzie wcale nie przyszli ( co nowością nie jest - bo impreza nie cieszy się przychylnością lokalnej ludności niestety) więc oprócz aktorów i paru fotografów tutejszego urzędu byliśmy jedyną rodziną która wpadła na przedstawienia z tak zwanej "wolnej stopy". Poza tym po jednym przedstawieniu organizatorzy postanowili zaprezentować jakiś amatorski film, co mi się nie spodobało. Sprzęt im się popsuł, ale jak to panowie specjaliści - wzięli sobie za punkt honoru że film będzie czy się na to sprzęt zgadza czy też nie i zaczęli grupowe debaty nad laptopem. Ponudziłam się jeszcze 10 minut, Marianna zrobiła "zimną rybę" i to już był koniec. Przynajmniej dla mnie. Mocno poirytowana nakazałam opuszczenie obiektu, wciskając mocno już "śniętą" córcię w ramiona pana męża i coś tam pomrukując pod nosem wróciłam do domu. I nie wyżyłam się fotograficznie - a przecież od tego roku dopiero mam porządny aparat i naprawdę cieszyłam się że będę mogła "ugryźć" teatr, co jest nie lada ciekawym wyzwaniem
Trudno - może za rok będzie lepiej...
Raz w roku jeździmy pod zamek w Chudowie gdzie o 21.30 rozpoczyna się przedstawienie na murach. Są ognie, tajemnicze postaci przebiegające po zamku i dziwne odgłosy. Jest przestrzeń, ciemność i niesamowita atmosfera. Dzieci wiedzą że to jest tylko przedstawienie, wizja - więc nie lękają się, choć prawdę mówiąc i ja czasem zadrżę gdy znienacka usłyszę głos puszczyka, lub coś ukaże się na chwilę w oknie. To dziwne wrażenie zaraz zatrze aksamitny głos narratora a na polanę wybiegnie roześmiana dziewka w czerwonej sukience z dzbanem jagód w dłoni. Westchnienie ulgi (więcej ludzi w tej ciszy czuło się niepewnie) Przedstawienie się zaczyna.
Dzisiaj ja wzdycham. Z niewiadomych powodów przedstawienie na murach nie znalazło się w tym roku w kalendarzu imprez Fundacji Zamek Chudów , a nasza Bieruńska uliczka była niewypałem. Z powodu paskudnej pogody przegląd teatrów amatorskich przeniesiono do Jutrzenki, ludzie wcale nie przyszli ( co nowością nie jest - bo impreza nie cieszy się przychylnością lokalnej ludności niestety) więc oprócz aktorów i paru fotografów tutejszego urzędu byliśmy jedyną rodziną która wpadła na przedstawienia z tak zwanej "wolnej stopy". Poza tym po jednym przedstawieniu organizatorzy postanowili zaprezentować jakiś amatorski film, co mi się nie spodobało. Sprzęt im się popsuł, ale jak to panowie specjaliści - wzięli sobie za punkt honoru że film będzie czy się na to sprzęt zgadza czy też nie i zaczęli grupowe debaty nad laptopem. Ponudziłam się jeszcze 10 minut, Marianna zrobiła "zimną rybę" i to już był koniec. Przynajmniej dla mnie. Mocno poirytowana nakazałam opuszczenie obiektu, wciskając mocno już "śniętą" córcię w ramiona pana męża i coś tam pomrukując pod nosem wróciłam do domu. I nie wyżyłam się fotograficznie - a przecież od tego roku dopiero mam porządny aparat i naprawdę cieszyłam się że będę mogła "ugryźć" teatr, co jest nie lada ciekawym wyzwaniem
Trudno - może za rok będzie lepiej...